2026 zamiec zywiec view
Zawody,  goście

Zamieć 2026 – Relacja

Wstęp

Poniższy tekst jest relacją z biegu Zamieć 2026 opisaną z perspektywy Jarka – jego przeżyć, emocji i wrażeń z trasy. To jego osobiste spojrzenie na ten zimowy, górski klasyk – serdecznie zapraszam – Bartosz

Przed biegiem

Zamieć pojawiła się w mojej głowie już jakiś czas temu. W zeszłym roku nawet chciałem się zapisać, ale okazało się, że bieg przestał istnieć. Kiedy więc zobaczyłem na FB informację o reaktywacji projektu, wiedziałem, że muszę tam być.

Na grupie napisałem moim koleżankom z grupy biegowej, że biegnę i jeśli mają ochotę, to zapraszam. Ola nie mogła, Marta się zapisała. A potem aż do samego startu regularnie zadawaliśmy sobie jedno pytanie: po jasną cholerę nam to jest? 

I z tą mieszanką ekscytacji oraz niepewności dotarliśmy do dnia startu.

Organizacja i klimat

W poprzednich edycjach podobno wyglądało to godzinowo trochę inaczej, więc w skrócie:
– Zamieć 24h startowała w piątek o 18:00,
– Zamieć 12h w sobotę o 6:00 rano,
– Zamieć 6h tego samego dnia o 12:00.

My dojechaliśmy z Martą na miejsce chwilę po czwartej. Wysiadając z auta zobaczyliśmy na termometrze -12°C. Było naprawdę zimno. Chwilę zajęło nam znalezienie biura zawodów na terenie amfiteatru, a kiedy w końcu do niego weszliśmy, ja – mimo kurtki narciarskiej – dygotałem z zimna.

I już od pierwszych chwil w biurze poczułem to, co najbardziej zapamiętam z tego biegu: klimat.
Oczywiście na większości imprez obsługa jest miła, można pośmieszkować, pogadać. Ale ekipa Zamieci miała w sobie coś wyjątkowego. Luz, autentyczność, serce do ludzi. Totalnie mnie kupili.

Mróz zrobił na nas konkretne wrażenie. Miałem w plecaku dodatkowe spodnie „na wszelki wypadek”, gdyby coś poszło nie tak na trasie. Wleciały na dupsko od razu. Marta też dorzuciła drugą parę legginsów i dodatkową koszulkę. Komfort termiczny może nie wzrósł spektakularnie, ale psychicznie – owszem. Człowiek przynajmniej miał poczucie, że nie zamarznie w pierwszej godzinie.

Z cyklu funny story – w toalecie spotkałem zawodnika z dystansu 24h. Taki wiecie, typ wyżyłowanego 60 latka, co pewnie poranną kawę zagryza kamieniami ze szlaku. No i pytam go „Jak tam?” Na co on na mnie patrzy i trochę nieskładnie mówi: „No… byłem tutaj 4 lata temu… ale dzisiaj… dzisiaj to jest przejebane.”
No… nadziei to on mi za wiele nie dał 

To był pierwszy bieg, na którym ktoś naprawdę sprawdzał mi wyposażenie obowiązkowe. Bez folii NRC i czołówki nie było mowy o starcie. O 5:30 odprawa, szybkie wyjaśnienie zasad starto-mety i punktów, a o 6:00 – w czerwonym blasku flar – ruszamy.

relacja z ulrtabiegu zamieć 2026

Bieg

Plan

Plan był prosty:
– 2 pętle – absolutne minimum, żeby uniknąć rytualnego seppuku ze wstydu,
– 3 pętle – cel główny,
– 4 pętla – tylko jeśli będziemy czuć się dobrze i na wbiegnięciu z trzeciej zostanie nam ok. 3,5h limitu.

Oboje byliśmy tym biegiem zestresowani. Ja nie znałem trasy, a cyferki kojarzyły mi się niebezpiecznie z Piekłem Czantorii. Bałem się, że po dwóch pętlach będę umierał. Marta po zapisaniu się na bieg, czyli jakoś jesienią zrobiła sobie rekonesans trasy i była przerażona, bo trasę uznała za mocno wymagającą w wielu miejscach totalnie nie biegową przez mocne nachylenia i luźne kamienie. Mental więc mieliśmy raczej ostrożny.

Pierwsza pętla

Ruszyliśmy spokojnie. Pierwszy kilometr po asfalcie, potem skręt w las i podejście pod Skrzyczne. Spodziewałem się ślizgawki i walki o każdy krok, a tu miłe zaskoczenie. Śnieg był wydeptany, raczki trzymały świetnie. Owszem – długość podejścia robiła swoje, miejscami trzeba było solidnie popracować, ale całość wspominam jako naprawdę przyjemną wspinaczkę.

Po drodze trafiamy na wschód słońca… taki, że klękajcie narody. Mróz konkretny, ale bezchmurnie, widoczność bajka. Tatry jak na dłoni, piękny widok na Żywiec i Jezioro Żywieckie. Co chwilę przystawaliśmy, bo aż szkoda było tego nie chłonąć.

2026 zamiec wschod 2
2026 zamiec zywiec view
2026 zamiec wschod 3
2026 zamiec wschod 1

Docieramy do schroniska – szybka herbata i zaczynamy zbieg. Ten odcinek znałem i wiedziałem, że jest ostro. Ale w zasadzie okazuje się, że tam gdzie da się biec, to raczki super trzymają i można biec swobodnie. A tam, gdzie było naprawdę stromo – siadaliśmy na tyłkach i zjeżdżaliśmy. Mam co prawda parę siniaków na dupie i obitą kość ogonową, ale te zjazdy to przednia zabawa xD Dziwiłem się ludziom, którzy decydowali się jednak na mozolne schodzenie.


Na punkt wbiegamy w dobrej formie po niecałych 3 godzinach i jakoś tak się składa, że jesteśmy sami we dwójkę – innych uczestników akurat brak. I w tym momencie dostajemy niespodziewany „prezent” od konferansjera – nie wiem czy to z nudy czy jakiejś próby ogrzania się, ale facet prowadzący imprezę, przez mikrofon robi nam takie przywitanie jakbyśmy co najmniej wygrali cały bieg i to na dystansie 24h. Wywrzaskuje nasze imiona, babki na mecie grzechoczą dzwonkami i nam klaszczą, z głośników leci „We Are The Champions”. No czuliśmy się jak zwycięzcy, aż szkoda, że tego nie nagraliśmy 😉

Humory dopisują, a ja czuję, że zgłodniałem – na punkcie odżywczym dostaję ziemniaki w mundurkach i gulasz z mielonym mięsem – niebo w gębie. Z lekko zbyt pełnym brzuchem ruszamy na drugie podejście.

Druga pętla

Teraz już nie zatrzymujemy się na sweet focie, znamy teren, napieramy mocniej. Na szczycie jestem trochę zmęczony tym podejściem, który przesyłam znajomym Ale kawa i żel robią swoje – energia wraca.

Kryzys

Pod koniec drugiego zbiegu dopada mnie moja zmora – pierwszy skurcz. Wiem już, że trzecia pętla będzie walką. Ustalamy z Martą, że na dole damy sobie więcej czasu. Czwarta pętla przestaje być realna – i jesteśmy z tym w pełni pogodzeni.

Na punkcie zmieniam mokrą górę na suchą. Boże, jakie to przyjemne uczucie. Podjadam trochę smakołyków i nadziewam się na gościa z obsługi, który baaardzo usilnie próbuje zachęcić mnie do wspólnego spożycia % xD  Grzecznie odmawiam i wraca do moich dziewczyn (bo w tym czasie zdążyły już dojechać na kibicowanie żona z córkami). Panie z obsługi same dopytują widząc mnie z dziećmi, czy nie chcę dla nich wziąć po drożdżówce, druga robi im po gorącej czekoladzie.. Ujmują mnie tym i wzruszają, cudowny klimat.

Trzecia pętla

Trzecia pętla zaczyna się nieźle, ale pogoda się zmienia. Cieplej, za to mgliście i wietrznie. Na odsłoniętych fragmentach robi się paradoksalnie zimniej. Idziemy, sapiemy, napieramy. Na bardziej stromych fragmentach czuję, jak w nogach „odpala się elektryka” – zapowiedź mocniejszych skurczów.

Do schroniska docieramy już mocno zmęczeni. Herbata, chwila oddechu, szybka toaleta i ruszamy w dół. Wiem, że to kwestia czasu, aż zacznę wyć z bólu. Pierwsze dwa kilometry jeszcze w miarę płynnie. Zjazdy na tyłku idą świetnie – śnieg niesie jak trzeba.

Ostatnie cztery kilometry to klasyczne run/walk. Skurcz puszcza – biegnę. Łapie – idę. I tak w kółko. Na szczęście ostatnie 700 metrów mogę już pokonać biegiem i z godnością finishować.

Meta

Na mecie czekają żona i córki. Wbiegamy szczęśliwi. Konferansjer próbuje jeszcze namówić nas na czwartą pętlę, ale stanowczo odmawiamy  Kończymy z wynikiem 42,4 km i 2500 m up w czasie 9:38:17. Tragedii nie ma.

2026 zamiec marta

Podsumowanie

Ten bieg naprawdę mi się podobał. Widoki, klimat, profil trasy – mimo długiego podejścia dawał frajdę, a nie tylko cierpienie. W paru miejscach można było nawet solidnie potruchtać. Dla mocniej przygotowanych zawodników na pewno znalazłoby się więcej biegowych momentów.

Były kryzysy, były skurcze, ale satysfakcja jest ogromna. Pisząc te słowa dalej mam przed oczami ten magiczny wschód słońca a na twarzy sam pojawia się uśmiech.

Kto nie był – polecam.
Kto był – może jeszcze tu wrócisz?

Ja już zaczynam powoli to rozważać

2026 zamiec jaro

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *