Rzeźnik 500 z innej perspektywy – relacja i taktyka Michała Zycha
Po tak kompleksowym i turbo poradniku, jaki przygotował Michał, naprawdę trudno dodać coś rewolucyjnego. Jego tekst to ULTRA (nomen omen!) przydatne kompendium wiedzy. Gdybym sam miał dostęp do takich materiałów przed startem, pewnie nie musiałbym zadawać tylu śmiesznych – to znaczy: świetnych! – pytań na grupie.
Moja przygoda z Rzeźnikiem 500 rozpoczęła się bowiem z totalnego partyzanta. Wskoczyłem na listę startową z rezerwy na zaledwie dwa tygodnie przed biegiem! Chyba pierwszy raz w życiu coś wygrałem: szybki e-mail, jakieś 5 minut namysłu i pyk – jedziemy. Wtedy też nastąpiło coś, co będę powtarzał każdemu jako najważniejszą radę: dołączyłem do ekipy. Wszedłem na czat grupowy i zacząłem chłonąć materiały zebrane przez połączone siły biegaczy z pierwszej i drugiej edycji.
Ponieważ Michał opisał bazę i logistykę perfekcyjnie, ja dodam od siebie wyłącznie smaczki i patenty z mojej własnej perspektywy. Części z nich nie znalazłem w relacjach po pierwszej edycji, a część to moje własne doświadczenia z innych ultra-przygód. Oto moja subiektywna lista hitów sprzętowych i taktycznych.
Spis Treści

Sprzętowe smaczki: Patenty, które ratują życie
1. Grzałki do butów narciarskich
Mój absolutny faworyt. Przy ilości opadów, jaką mieliśmy podczas drugiej edycji, to był strzał w dziesiątkę. Nawet jeśli masz zapasowe buty, a deszcz akurat nie leje, noga w upale i tak mocno się poci. Nie ma nic lepszego niż założyć o poranku świeżą skarpetę do idealnie suchego i ciepłego buta.
2. Peleryna (czyli peleryna pielgrzymkowa)
Możesz mieć na sobie najlepszą i najdroższą kurtkę membranową na świecie – po kilkunastu godzinach w ulewie i tak każda z nich w końcu puści wodę i skończysz z mokrymi gaciacmi. Mój patent to najzwyklejsza, najbardziej sztuczna nylonowa peleryna, która po prostu mechanicznie zatrzymuje wodę. Taki „wynalazek” ma naturalne przewietrzniki z boków i od dołu, dzięki czemu ładnie podwiewa pod spodem i termika pozostaje w normie.
3. Skarpety wodoodporne
Przetestowałem je kiedyś na Zimowym Janosiku, gdy miałem lekko dziurawe buty. Noga spędziła kilkanaście godzin w śnieżnej ciapie i… nic. Sucho. Ciżemki biegowe to nie gumowce – zazwyczaj mają przewiewne siateczki, które po kilku minutach w wodzie działają jak durszlak mojej babci do makaronu. Wodoodporna skarpeta robi wtedy kolosalną różnicę.
4. Dobór butów i wkładki żelowe
Buty to król ultra i chyba nikogo nie muszę do tego przekonywać. Ja postawiłem na dość minimalistyczne Altry Lone Peak, a na zmianę – na prostsze i suche fragmenty – Altry Mont Blanc. Efekt? Zero bąbli i obtarć. Ani jednego! Moje stopy nie są z natury „pęcherzoodporne”, bo bąble normalnie mi się robią – ale nie tym razem i nie w tych butach. Jedynym minusem były ostre, małe kamienie wystające z ziemi oraz te na Połoninach, które mocno dawały się we znaki. Następnym razem na te odcinki rozważyłbym dodatkowe wkładki żelowe.
5. Piersiówka z nalewką (alternatywnie 100-tka wiśniówki)
To lekcja wyciągnięta z poprzednich biegów, gdzie otarłem się o hipotermię i tylko pomoc dobrych ludzi uchroniła mnie przed wzywaniem GOPR-u. Od tamtego momentu mała piersiówka to mój obowiązkowy ekwipunek, traktowany na równi z folią NRC. Alkohol przydaje się też na nagłe problemy żołądkowe. Sam mam żołądek z żelaza i zjem wszystko o każdej porze, ale widziałem na trasie wielu biegaczy, którym żołądek powiedział twarde „game over”.

Taktyka na szlaku i żelazna rutyna
Torba przepakowa, którą otrzymuje się od organizatora, bez problemu pomieści wszystkie graty, łącznie z ciepłym dresikiem na wieczór. Jeśli masz problem ze spakowaniem się, to znak, że zabierasz za dużo niepotrzebnych rzeczy, których i tak nie użyjesz.
Na trasie liczącej 534 km i 22 000 metrów uproszczenie logistyki to podstawa. Oto co zadziałało u mnie:
Rutyna na przepakach (Mój numer jeden):
Gdy tylko docierasz na punkt: od razu podłączasz grzałki do butów, bierzesz ręcznik i idziesz pod prysznic. Potem wskakujesz w świeże ciuchy, jesz kolację, rolujesz się i zakładasz nogawki kompresyjne. Pakujesz plecak na rano i kładziesz się spać. Po pobudce tylko szybkie ubranie, dopakowanie ostatnich drobiazgów, śniadanie i wyjście na trasę między 4:00 a 4:30.
Jesz i pijesz wszędzie, gdzie się da:
Gdy jest gorąco – pij piwo 0%. Gdy robi się chłodno – zamawiaj ciepłą herbatę, zupy, frytki, bigos czy naleśniki. Wybieraj to, co schronisko może podać najszybciej i na co masz ochotę. A jeśli w schronisku trafisz na długą kolejkę? Uśmiechasz się szeroko, pokazujesz swoją „blachę szeryfa górskiego” (opaskę z numerem startowym) i w 99% przypadków ludzie z uśmiechem przybiją Ci piątkę i przepuszczą przodem. To bardzo miłe i warto z tego korzystać.

Własne żele i batony trzymałem wyłącznie na trudniejsze momenty. Średnio zużywałem tylko 2 do 4 sztuk na dzień, opierając całe żywienie na jedzeniu z punktów. Na punkty docierałem zazwyczaj między 17:00 a 18:00 – żaden postój na jedzenie nie był czasem zmarnowanym.
Zawsze miej coś na przebranie:
Oprócz kurtki deszczowej (która świetnie chroni też przed wiatrem i zimnem), w plecaku zawsze miałem drugą koszulkę, rękawki, czapkę biegową (tak, czapka w lecie się przydaje!) i bufkę. Pogoda w górach zmienia się szybko, a najlepsza prognoza to tylko prognoza.
Muzyka przyrody i samotność na szlaku:
Choć uwielbiam muzykę, na trasie włączyłem słuchawki tylko raz na 8 minut. Całe setki kilometrów spędziłem, słuchając odgłosów natury lub rozmawiając z ludźmi. Mimo kameralnej stawki (ok. 50 zawodników) na szlaku mijaliśmy się regularnie. Większość trasy pokonałem jednak sam, dostosowując tempo pod swoje możliwości. Bieganie z kimś na siłę, przyspieszanie na zbiegach czy czekanie na podejściach potrafi zmęczyć psychicznie bardziej niż samotny bieg.
Głowa i zaskakujące możliwości ciała
Jedna rzecz o mało nie wyeliminowała mnie z tego biegu: uleganie emocjom pod hasłem: „ale jest sztos, lecimy!”. Zrobiłem tak, zbiegając zbyt szybko po schodach z Baraniej Góry na Przełęcz Krowiarki. Tym jednym szarżowaniem załatwiłem sobie uda, a spięte mięśnie czworogłowe szybko przełożyły się na ból prawego kolana. Organizm to system naczyń połączonych – dowiedziałem się od fizjoterapeutów z ekipy, jak jedno napięcie ciągnie za sobą kolejne. Uratował mnie wtedy wibrujący roller – absolutnie genialny wynalazek.
Biorąc pod uwagę mój styl przygotowań – który żartobliwie nazywam recovery-based training (długi odpoczynek, a potem start!) – byłem w głębokim szoku, jak niesamowicie ludzkie ciało potrafi się zaadaptować do kilkunastu godzin wysiłku dzień po dniu. Pod koniec drugiego dnia miałem dreszcze ze zmęczenia, a mięśnie wołały o litość. A rano? Rano kolano trochę protestowało, ale byłem w stanie normalnie wstać, spakować się i ruszyć dalej. Od trzeciego dnia wiedziałem już jedno: jeśli tylko kolano nie odmówi posłuszeństwa, a ja będę ostrożny na zbiegach, to ukończę ten bieg.

Gdy wracałem do Warszawy, napisałem do naszej ekipy na czacie krótki komentarz, który idealnie podsumowuje tę przygodę:
„Właśnie rozmawiałem z rodziną, że poszedłbym dalej. Brakuje mi tego rytmu. Nikt, kto tego nie doświadczył – tej drogi, wspaniałych ludzi wokół i naszych codziennych rytuałów – tego nie zrozumie.
Michał Zych
Pewnie zmienię zdanie po południu, jak otworzę schłodzone wino w ogrodzie, ale co do ludzi – zdania nie zmienię!”


